|
[...]
Było
to w roku 1932. Rok graniczny tak zwanego
okresu powojennego i okresu wiodącego
nas
ku drugiej wojnie światowej. W tym
czasie,
roztrwoniwszy dziesięć lat na Montparnassie
- słynne "szalone lata"! - pracowałem
nad
pierwszą swoją książką Paryż nocą. Do ówczesnych moich przyjaciół i znajomych
należał Maurice Raynal, wielki przyjaciel
Picassa. Najpierw, jako młody poeta,
entuzjastycznie,
piórem i kiesą związał się z ruchem
kubistycznym.
Odziedziczył niewielki majątek i był
jedynym
well off między tymi malarzami i poetami zagłodzonymi,
bez grosza przy duszy. Raynal był człowiekiem
łagodnym, o twarzy rzymskiego patrycjusza,
jasnym i racjonalnym umyśle, raczej
pozbawionym
spontaniczności i intuicji; natychmiast
ulegał
wszystkiemu, co było sprzeczne z jego
własną
naturą: nieokrzesanemu wigorowi Alfreda
Jarry'ego,
czarnemu humorowi Alfonsa Allais, szelmowskim
kawałom Manola, wygłupom Maxa Jacoba,
cyrkowym
sztuczkom Picassa, spontaniczności
Guillaume'a
Apollinaire'a i prostoduszności Celnika
Rousseau.
Pomału Raynal odrywał się od poezji,
coraz
bardziej zainteresowany krytyką sztuki,
śladem
André Salmona i Apollinaire'a. Ostrym,
a
nawet jadowitym piórem w ciągu wielu
lat
ci trzej muszkieterowie sztuki nowoczesnej
bronili "nowego ducha". André Salmon
miał
swoją rubrykę w "L'Intransigeant",
"bardzo
paryskim" wieczornym piśmie Léona Bailby'ego.
Tamci dwaj wojowali jako wolni strzelcy
w
rozmaitych mało znanych czy efemerycznych
wydawnictwach, na przykład w "Soirées
de
Paris".
W
1910
Salmon przeszedł z "L'Intransigeant"
do innego
dziennika odstępując rubrykę Apollinaire'owi,
szczęśliwemu, że odtąd będzie mógł
bronić
Picassa, Matisse'a, Deraina, Vlamincka,
Celnika
Rousseau i swojej umiłowanej Marii
Laurencin.
Głośna afera skradzionych w Luwrze
posągów
fenickich wtrąca autora Cycków Terezjasza
do więzienia La Santé, a Picasso staje
przed
sędzią śledczym. Ze czci odarty, skompromitowany
Apollinaire musi porzucić, jak Salmon,
placówkę
w "L'Intran". Wtedy właśnie obejmuje
ją Maurice
Raynal, a kilka lat później doszlusuje
do
niego młody krytyk sztuki greckiej
E. Tériade. W taki sposób urodzili się "dwaj
ślepcy", przydomek, jakim odtąd podpisywali
z humorem słynny felieton o sztuce.
Fernanda
Légera, Le Corbusiera, mnie i paru
innych
artystów Raynal zapraszał często na
kolację
do swego mieszkania przy ulicy Denfert-Rochereau
ozdobionego niejednym Picassem z epoki
kubistycznej.
To właśnie dzięki Raynalowi poznałem
pewnego
razu Maxa Jacoba w monoklu połyskującym
pod
gładką jak kość słoniowa czaszką.
Drugiego
"ślepca", stałego jak ja bywalca Café
du
Dôme, widywałem często na Montparnassie.
Okrągławy, solenny, wciąż zawoalowany
jakąś
tajemnicą - takim wydał mi się Tériade.
Pewnego
dnia, upewniwszy się, że nikt nie słucha,
odciągnął mnie na stronę i w zagmatwanych
słowach zwierzył mi się z pomysłu zrealizowania
pewnego projektu... Na coś się zanosi...
Ktoś jest w trakcie... Niewykluczone,
że...
chodzi o bardzo ważne zadanie - o czym
może
tylko tyle powiedzieć, że nic na ten
temat
nie ma prawa pisnąć... Ale żebym był
gotów
w każdej chwili, a najważniejsze, żebym
nigdy
przed nikim się nie wygadał z tego,
co usłyszałem,
i żebym bezwzględnie dochował tajemnicy...
Za namową Tériade'a zagłębiłem się
w greckiej
mitologii i zaczynałem się już głowić,
na
jaką to niebywałą włóczęgę mój przezorny
Ulisses mnie wyciągnie... W ciągu kilku
tygodni
tajemnica się zagęszczała, w końcu
wybiła
Wielka Godzina i rozdarła się zasłona.
Oto
porwał mnie obłok i złożył pod numerem
23
przy ulicy La Boétie, w pracowni Pabla
Picassa.
Gdy
pierwszy
raz przekroczyłem próg tej "pracowni",
Picasso
właśnie skończył pięćdziesiątkę. Oczywiście,
o rozgłos już nie potrzebował zabiegać...
Jednak dopiero w tym przełomowym roku
zaczęło
jego imię promieniować na cały świat...
Datą
znaczącą w jego życiu stał się 15 czerwca,
kiedy w złoconych salonach galerii
Georges'a
Petit - szczytowe wydarzenie paryskiego
sezonu
- otwarto wielką retrospektywę Picassa.
Wtedy
po raz pierwszy można było zobaczyć
olśniewający
zestaw dwustu trzydziestu sześciu jego
płócien
i ogarnąć jednym spojrzeniem epoki
błękitną
i różową, kubistyczną i klasyczną,
sumę jego
twórczości.
Sam
dobrał
swoje dzieła, może po raz ostatni w
życiu
sam pilnował rozwieszenia płócien,
o których
powiedział do Tériade'a, że ujrzał
je, jak
przybywają do niego z daleka "niby
marnotrawne
dzieci wracające w złotych szatach
do domu".
Wiedział, że ta bitwa o wszystkim zdecyduje,
więc w przeddzień chciał obejrzeć swoich
tyralierów jednego po drugim... Był
malarzem
arywistą, ze wszystkimi cechami, ze
wszystkimi
zewnętrznymi tego oznakami: więc samochód
hispano-suiza z szoferem w liberii,
garnitury
od najdroższych krawców, rasowe psy,
dwa
apartamenty w wielkomieszczańskim guście,
mały zamek w Normandii - tylko co nabył
Boisgeloup
- kasa pancerna i, naturalnie, efektowna
przyjaciółka... Nie brakowało niczego.
"Kasztelan"
Picasso przyjmował u siebie hrabiego
Étienne
de Beaumont, Misię Sert, Erika Satie,
Manuela
de Fallę, Artura Rubinsteina, Jeana
Cocteau,
jednym słowem "cały Paryż"; bywał dużo,
nie
opuszczał premier teatralnych i baletów,
zawsze w towarzystwie pięknej i eleganckiej
żony. Znajdował się u szczytu swojego
okresu
"światowego".
Miałem
na pewno tremę, znalazłszy się wtedy
przed
Picassem. Emocja mieszała się z czymś
w rodzaju
trwogi, bo też miał w tej epoce reputację
nieprzystępnego. W pierwszych chwilach
tego
spotkania, speszony, przypatrywałem
się jego
twarzy. Czy odpowiadała obrazowi, jaki
w
sobie stworzyłem na podstawie jego
dzieła
i legendy o nim? Żywy Picasso, jakiego
miałem
przed sobą, zatarł ów obraz i wszystkie
moje
obawy: prosty człowiek, bez afektacji,
pychy,
bez pozy. Jego naturalność i miłe obejście
od razu wróciły mi dobre samopoczucie.
Rozglądałem
się po tym dziwnym mieszkaniu: spodziewałem
się pracowni malarskiej, a był to apartament
zamieniony na skład rupieci, graciarnię.
Nie ulega wątpliwości, że nigdy mieszczańskie
mieszkanie nie było urządzone w sposób
tak
niemieszczański: pokoi cztery czy pięć
-
każdy z marmurowym kominkiem zwieńczonym
lustrem - zupełnie wyzutych z typowych
mebli,
wypełnionych stosami płócien, kartonami,
pakunkami, tłumokami zawierającymi
przeważnie
formy odlewnicze, stertami książek,
ryzami
papieru, przedmiotami najróżniejszego
pochodzenia,
rzuconymi bez ładu i składu wzdłuż
ścian,
nawet na ziemi, a wszystko pokryte
grubą
warstwą kurzu. Drzwi między pokojami
były
otwarte, może nawet wyjęte, co przekształcało
to obszerne mieszkanie w jedną pracownię
z mnóstwem wyodrębnionych zakątków
przystosowanych
do różnorakich zajęć malarza. Stąpało
się
po parkiecie zużytym, wytartym, od
dawna
nie pastowanym, zasłanym dokładnie
niedopałkami
papierosów... Sztalugę postawił Picasso
w
największym pokoju, jedynym jako tako
umeblowanym
i najjaśniejszym, gdzie pewnie był
przedtem
salon. Okno wychodziło na południe,
z pięknym
widokiem na dachy Paryża najeżone lasem
czerwonych
i czarnych kominów, zza których wyłaniała
się w dali wieża Eiffla. Nigdy tu nie
zachodziła
pani Picasso. Artysta nie wpuszczał
do pracowni
nikogo, wyjąwszy paru przyjaciół. Kurz
mógł
tu sobie swobodnie osiadać i układać
się
bez obawy, że służąca dotknie go miotełką
z piór...
Ale
skąd
ten pomysł u Picassa, żeby rzucić wzgórze
Montmartre'u
i Montparnasse i zamieszkać przy ulicy La
Boétie? Niezwykła migracja ze wschodu
ku
temu swego rodzaju Dalekiemu Zachodowi
luksusowego
handlu, domów mody, kawiarni, szykownych
hoteli, teatrów ściągnęła także, swoim
śladem,
handlarzy obrazami... Przy ulicy Laffitte
i w sąsiedztwie mieściły się: przedziwna
dziura Ambroise'a Vollarda, handelek
Clovisa
Sagota, piękne sale wystawowe Durand-Ruela,
przyjaciela i marszanda impresjonistów;
galeria
Bernheima młodszego, wystawne salony
Georges'a
Petit. Galeria Rosenbergów należąca
do ojca
Paula i Léonce'a przy avenue de l'Opéra,
galeria Druet przy ulicy Royale, mała
galeryjka
Kahnweilera przy ulicy Vignon w pobliżu
kościoła
Madeleine stanowiły już kilka wysuniętych
placówek w tym marszu na zachód, w
stronę
Place de l'Étoile... Pierwszy przy
La Boétie
osiadł John Hessel, za nim Paul Rosenberg,
a jego brat Léonce wybrał sobie sąsiednią
ulicę, Bernheim młodszy, wyskoczywszy
zrazu
aż na bulwar Madeleine, usadowił się
na Faubourg
Saint-Honoré, Kahnweiler przy ulicy
Astorg,
Durand-Ruel przy avenue Friedland,
a za nim
wielu innych marszandów: "ojciec Chéron",
młody Paul Guillaume, któremu zawdzięczać
będą sławę Chirico, Modigliani i Soutine.
Uciekli wszyscy z ulicy Laffitte. Tylko
Vollard,
złożywszy swoje penaty we własnej rezydencji
przy ulicy Martignac, otworzył drogę
dla
drugiej migracji, na lewy brzeg Sekwany.
O ile ulica Laffitte była centrum impresjonistów
i fowistów aż do początków wieku, to
La Boétie
stała się sceną wielkiej epoki kubistów
i
surrealistów.
W
1917
roku, podczas gdy Picasso wybrał się
do rodziców
w Barcelonie, żeby im przedstawić swą
młodą
narzeczoną, Olgę Kochlovą - którą akurat
poznał w Rzymie, gdzie projektował
dekoracje
i kostiumy do Parady - ówczesna jego pracownia na Montrouge została
zalana. Zwrócił się wtedy do swego
nowego
marszanda Paula Rosenberga (który od
wojny
1914 roku zastąpił Kahnweilera), prosząc,
żeby go przeniósł do jakiegoś innego
mieszkania.
Rosenberg wynajął dlań apartament w
domu
przylegającym do jego galerii. I tak,
z inicjatywy
marszanda, Picasso znalazł się w samym
środku
nowego geograficznego obwodu handlu
obrazami...
Podobnie jak w Bateau-Lavoir i tu wynajął
najpierw jeden, potem, piętro wyżej,
drugi
identyczny apartament: jeden przeznaczył
na mieszkanie, drugi na pracownię.
Ten na
niższym piętrze stał się modnym miejscem
życia światowego. Drugiego używał jako
pracowni...
Kontrast między nimi był uderzający:
na dole
wielka jadalnia, ogromny rozsuwany
stół,
stolik zapasowy i gerydony w rogach;
salon
cały na biało; sypialnia z dwoma bliźniaczymi
łóżkami z miedzi. Żadnego zaniedbania,
nigdzie
ani odrobiny kurzu! Posadzki i meble
błyszczące,
wyfroterowane. Picasso, kiedy go poznałem,
mieszkał tam już od piętnastu lat.
Dziwna
rzecz, nic tam nie nosiło jego piętna,
jedynie
gzyms przy kominku świadczył o jego
fantazji.
Nawet obrazy z epoki kubistycznej,
już klasyczne,
zostały bardzo starannie oprawione
i wisiały
obok Cézanne'ów, Renoirów,
Corotów, jakby się znajdowały nie u Picassa,
ale u jakiegoś bogatego kolekcjonera.
Mieszczańskie
mieszkanie Picassa zupełnie nie pasowało
do zwykłego trybu jego życia. Nie było
tam
widać żadnego z tych dziwacznych mebli,
za
którymi przepadał, ani jednego z nieprawdopodobnych
przedmiotów, które lubił mieć koło
siebie,
mowy nie było o malowniczym bałaganie...
To Olga zazdrośnie pilnowała, żeby
Picasso
nie odcisnął swej potężnej indywidualności
w domenie, którą uważała za własną...
Wtedy
to dowiedziałem się, na czym ma polegać
moje
zadanie. Miałem sfotografować nie znane
dotąd
zupełnie rzeźbiarskie utwory Picassa.
Moje
fotografie miały wypełnić około trzydziestu
stron pierwszego numeru nowego przeglądu
"Minotaure". Bo właśnie powstawało
najpiękniejsze
pismo artystyczne in the world.
[...]
Wtorek, 7 grudnia 1943
[...]
Spotykam
Françoise Gilot na ulicy des Grands-Augustins.
Pod pachą dźwiga, jak zwykle, kilka
rulonów
i mimo zimna, mimo smagającego wiatru
sinymi
i nabrzmiałymi od odmrożenia palcami
rozwija
przede mną kilka najnowszych gwaszów,
martwe
natury o żywych kolorach, zdradzające
pewne
uzdolnienia malarskie. "Pokażę je Picassowi..."
- mówi mi z porozumiewawczym uśmiechem.
Trzy
lata temu spotkałem ją po raz pierwszy
w
pracowni malarskiej na Montparnassie
u jakiegoś
Węgra, który wprowadzał Françoise w
arkana
rzemiosła. Była wtedy młodziutką osiemnasto-
czy dziewiętnastoletnią dziewczyną,
namiętnie
zakochaną w sztuce, chciwą rad i z
niecierpliwością
czekającą na uznanie jej talentu. Często
mi opowiadała o nieporozumieniach ze
swoją
rodziną w Paryżu, zbyt mieszczańską,
żeby
pozwolić jej na rzucenie studiów uniwersyteckich
dla malarstwa, nie pojmującą, jak można
przedkładać
włóczenie się po pracowniach nad komfort
willi w Neuilly, dokąd mnie kiedyś
zaprosiła
na kolację... Uderzyła mnie żywotność
dziewczyny
i jej upór w zwalczaniu trudności.
Z całej
jej postaci biła świeżość i wrażenie
niezmożonej
aktywności... Swym pełnym egzaltacji
uwielbieniem
dla malarstwa i malarzy przypominała
mi Bettinę
Brentano, olśnioną poezją i poetami,
wciągniętą
nieodparcie w wir genialności, gwałtownie
rozkochaną, w wieku osiemnastu lat,
w Goethem...
To był diabeł wcielony ta Bettina...
Françoise
od dłuższego już czasu płonęła żądzą
pokazania
swego malarstwa Picassowi... Kilka
miesięcy
temu, w maju bieżącego roku, przedstawiono
ją artyście w pewnej paryskiej restauracji.
Odtąd wciąż tu przychodzi i czeka w
przedsionku,
czy jej idol zwróci na nią uwagę.

Co
do
niego, nie ukrywa, że w jego życie
wtargnęła
nowa namiętność... To mu pochlebia,
jest
dumny, że również jako mężczyzna odniósł
sukces, więc chce, żeby o tym wiedziano...
Jednak nie jestem zdania, tak jak Max
Jacob,
że Picasso wymieniłby swoją artystyczną
sławę
na reputację Don Juana. Zawsze skory
do nowej
przygody i równie często znudzony,
istny
uwodziciel z Sewilli, jeżeli pozwalał
się
czasem przez kobietę ujarzmić, to z
tym większym
impetem uwalniał się od niej w swojej twórczości.
Dla niego przygoda miłosna nigdy nie
była
celem samym w sobie, tylko bodźcem
dla jego
siły twórczej, więc sprawą zbyt ważną,
żeby
godził się na nią w postaci przelotnej
i ukradkowej. Raczej łzy i dramatyczne sceny
niż dyskretny woal osłaniający nazwisko
i
twarz tej, którą kochał... Niewiele
brakowało,
a krzyczałby o swoim powodzeniu z dachów
domów... Ale nawet, gdyby starał się
ukryć
uczucie, zdradziłyby jego sekret rysunki,
malarstwo, grafika i rzeźby. Natychmiast
rysy nowej wybranki nałożyłyby się
na wizerunki
tamtej porzuconej...
Oczarowany
i podbity nadąsanymi, nieco małymi
ustami,
prostym nosem, pieprzykiem na policzku,
gęstymi
jasnobrunatnymi włosami spływającymi
po obu
stronach twarzy, szeroko otwartymi
zielonymi
i asymetrycznymi oczami, łukowatymi
brwiami,
wreszcie młodzieńczym ciałem o wąskiej
talii,
które już zaczęło nabierać kobiecych
krągłości,
Picasso zakochał się we Françoise i
pozwolił
jej adorować siebie. Kocha ją tak,
jakby
kochał pierwszy raz w życiu.
Jestem
świadkiem tej rodzącej się idylli,
widzę
pobudzoną wrażliwość Picassa, która
zawsze
zapowiada odnowę twórczą, więc zastanawiam
się, w jakiej postaci ta nowa obecność
kobiety
odbije się tym razem na jego sztuce,
bo to
już reguła, że każde miłosne doświadczenie
wydobywa z niego oryginalny sposób
artystycznego
uzewnętrznienia, który nosi zazwyczaj
imię
kobiety... Obawiam się jednak, że ten
związek
przyniesie bolesne doświadczenia i
że już
teraz nosi ich piętno...
Gdy
spotykam
się z Picassem, trochę wzburzonym,
onieśmielonym
jak zakochany pierwszy raz w życiu
sztubak,
mówi mi, wskazując młodą adeptkę sztuki.
-
Czyż
nie jest piękna? Niech pan spojrzy!
Czyż
nie jest przemiła ta Françoise? Niech
pan
ją kiedyś sfotografuje, bardzo o to
proszę.
Ale musi mieć wtedy włosy trochę rozczochrane,
w nieładzie... Broń Boże nie od fryzjera...
Znieść nie mogę tych ulizanych koafiur!...
Nie
po
raz pierwszy stwierdzam tę jego nienawiść
do starannego uczesania. Podobnie jak
lubi
koty na swobodzie, woli stanowczo włosy
dzikie
i swobodne... Gdyby to od niego zależało,
wszystkie kobiety na świecie nosiłyby
włosy
potargane, spadające na kark, na twarz
i
na piersi... W taki właśnie sposób
malował
zwykle Dorę Maar, Nusch, tak teraz
maluje
Françoise...
[...]
Piątek, 9 kwietnia 1944
[...]
Nadchodzi
wydawca albumów o sztuce.
PICASSO:
Oto jedyny edytor, który mi płaci!
Bardzo
chciałbym się pana poradzić, jak zmusić
pańskich
kolegów do regulowania rachunków! Powinien
pan redagować dla mnie projekty umów...
Byle
stanowczo! Z najlepszymi dla mnie warunkami...
Edytorzy to osobliwi ludzie! Proszę,
tu jest
właśnie list dzisiejszej poczty od
wydawcy
niemieckiego, który mi proponuje zrobienie
albumu o moim malarstwie. Pod koniec
listu
- niech pan dobrze słucha! - ten facet
miał
czelność napisać: "Wyrażam nadzieję,
panie
Picasso, że dzięki tej książce sprzeda
pan
dużo swoich obrazów!" A ja sądzę, że
to raczej
on sprzeda dużo książek dzięki moim
obrazom!
Wydawca
wyjaśnia, że przygotowuje książkę o
Celniku
Rousseau i chciałby w niej reprodukować
wszystkie
rzeczy Celnika, które posiada Picasso.
PICASSO,
wznosząc do góry ramiona: Tak jakbym
nie
miał nic do roboty ze swoimi własnymi
dziełami!
Wydawca:
Tylko do siebie samego może pan mieć
z tego
powodu pretensję. Bo pan jest także
wielkim
kolekcjonerem! Zebrał pan tyle pięknych
rzeczy!
Akurat
wyszedł z druku nowy album o Celniku
Rousseau.
Nadszedł tylko co, więc go widać na
stosie
książek. Picasso bierze do ręki, przewraca
kartki i wykrzykuje:
-
Ależ
to jest falsyfikat!
I
powołując
nas na świadków, ogląda zawartość książki.
PICASSO:
Proszę tylko spojrzeć! Ten tutaj jest
też
podrobiony. A oto trzeci, czwarty...
Wszystkie
te sentymentalne głowy pochylone na
ramiona...
Nigdy by Rousseau tak nie namalował!
Głowy
jego postaci zawsze trzymały się mocno
w
pionie, a wyraz twarzy był z reguły
niemiły,
nawet twarzy dzieci. Tymczasem twarze
malowane
przez fałszerza są słodkie i cielęce...
Te
sposoby stały się już obiegową monetą.
Robi
się na pozór ambitny album; bierze
się do
tego nazwisko modnego krytyka i sztuczka
się udaje... Tym sposobem obrazy sfałszowane,
które przemycono między prawdziwymi,
uzyskują
papiery autentyczności... Niewiarygodne!
I zawsze się znajdą durnie, którzy
się pozwalają
nabrać...
Po
czym
Picasso przypomina historię podrobionego
El Greca w Chicago, o której już nieco
słyszałem.
Ktoś informuje: "To malarz Iks fabrykuje
te fałszywe Rousseau". Inny głos mówi:
"Spotkałem
tego pana Iks. Zaczął właśnie ubolewać,
że
Picasso oskarża go o fałszowanie Rousseau.
'Niewiele brakuje - lamentował, a zarzuci
mi podrobienie Śpiącej Cyganki!'". Picasso parska śmiechem i wszyscy się
śmiejemy.
Wydawca
albumów mówi, że udało mu się wyszperać
dawniejszego
Picassa, mianowicie jego autoportret,
który
natychmiast kupił.
PICASSO:
Doskonale pan postąpił! Moje autoportrety
są bardzo rzadkie...
Pyta,
czy mam mu coś do pokazania. Od tego
pytania
zawsze zaczyna. Gdy odpowiadam przecząco,
okazuje niezadowolenie. Ale kiedy mówię
mu:
"Tak, przyniosłem panu fotosy...",
twarz
Picassa rozpromienia się i chce je
natychmiast
zobaczyć. Nie wiem, czy wyciągać z
teczki
wszystkie od razu: jest ich około piętnastu.
PICASSO,
woła: Niech pan je pokaże, wszystkie,
a jakże...
Może to dziwne, wie pan, ale za pośrednictwem
pańskich fotografii mogę te rzeźby
ocenić...
Dzięki fotografiom patrzę na nie nowym
okiem.
Obracając
w rękach pakiet, szuka właściwego miejsca,
by je spokojnie obejrzeć. Nie znajduje,
idzie
więc na górę do swego pokoju, do swojej
"arki
Noego", gdzie ma zwyczaj chronić przed
potopem
wszystko, co w danej chwili jest dla
niego
ważne: listy, książkę, pismo ilustrowane,
fotografię... Obejrzy to sobie spokojnie
i przeczyta w nocy, w łóżku...
[...]
Środa, 3 maja 1944
[...]
Mam
nadzieję,
że tym razem pójdziemy do tej drugiej
pracowni.
SABARTÉS:
Nie ma pan szczęścia... Picasso jest
dziś
zawalony pracą... Nie znajdzie ani
chwili
dla pana...
Zabieram
się do odwrotu, gdy nagle się ukazuje,
promienny
i przyjazny. Pokazuję mu fotografię
z owym
bujnym aktem, gdy parodiuje "artystę
malarza".
Jest zachwycony. Wyciągam również z
teczki
zdjęcie grupy; najpierw to nieudane.
"Odbiłem
je mimo wszystko - mówię - może się
panu
spodoba..."
PICASSO:
Doskonale pan uczynił. Wyjątkowy dokument!
Wszyscy wpatrywaliśmy się w obiektyw,
gdy
zdarzył się ten wypadek. Co tu teraz
widzimy?
Że nikt się nie poruszył. A przecież
wywrócił
pan wtedy miskę i rozlała się woda...
Tylko
ja jeden i Kazbek zareagowaliśmy natychmiast.
Dlaczego? Dlatego że mam niesłychanie
szybki
refleks, tak szybki jak refleks psa...
Odpowiadam,
śmiejąc się: Tamci się nie ruszyli,
żeby
nie zepsuć fotografii, na której będą
w towarzystwie
Picassa. A co do pana, to przestraszył
się
pan po prostu, czy nie zalałem pańskich
obrazów...
Taka jest moja wersja...
Picasso
śmieje się, ale wie, że żartuję. Bo
on naprawdę
posiada ten niebywały, błyskawiczny
refleks.
W tej jego szybkości ruchów i spojrzeń,
w
tej czujności i momentalnych reakcjach
odnajduję
umiejętność koncentracji, obecność
ducha
torero, który pod grozą natychmiastowej
śmierci
nie może sobie pozwolić na najmniejsze
wahanie
czy nieuwagę... W listopadzie 1963
opowiadał
mi Peinado, jak to Picasso odbierał
w jego
obecności jakiś telefon. Głos w telefonie:
"To pan, Pablo? Mówi Van Gogh". Na
co Picasso
bez najmniejszych oznak zaskoczenia
czy namysłu:
"Dobrze, ale który? Vincent czy Théo?..."
Pokazuję
mu następnie drugą fotografię grupy.
PICASSO:
Niech pan spojrzy, co przede wszystkim
przyciąga
uwagę. Ten ostry kant spodni Jeana
Cocteau!
Jak brzytew, jak ołowianka do sprawdzania
pionu. Zawsze, odkąd go znam, jego
kanty
były bez zarzutu. Już w kołysce miał
te spodnie
z kantami. W ogóle urodził się zaprasowany...
A jaki elegancki jest Jean Marais.
W dobrym
jestem towarzystwie! Między nimi wyglądam
jak kloszard w tych portkach na kształt
korkociągu,
które dawno zapomniały o żelazku...
Dziś
mam różne spotkania, między innymi
z pewną
piękną kobietą z Ameryki Południowej.
Więc
nie będziemy mogli pójść do pracowni,
niech
mi pan wybaczy. A jeszcze muszę zrobić
się
na bóstwo... Niechże pan jednak zostanie.
Proszę fotografować wszystko, co pan
chce,
łącznie z tą Amerykanką. Nie będzie
mi pan
przeszkadzał...
Świetne
jest tego dnia światło. Tańczy na dachach,
kominach, fragmentach murów, które
Picasso,
malując, ma zawsze przed oczami: jak
dyskretne
tło, całe w gamie szarej, czerwonej
i bladobeżowej.
Słoneczne promienie wpadają do środka
przez
wielkie okno; drży w ich świetle kurz
starych
belek; promienie błyszczą na sześciokątnych
czerwonych płytkach; rozbijają się
na ich
zgrubieniach; oświetlają mały żelazny
stolik
poplamiony farbą, na którym leżą -
świadectwo
całonocnej walki - pędzle i tuby z
farbami,
wreszcie ogarniają posłanie psa Picassa,
który z rozkoszą wyciąga na słońcu
łapy i
kościsty zad.
Robię
kilka zdjęć. Przez ten czas gości w
przedpokoju
nie ubywa. Słyszę z dołu gwar rozmów,
podniesione
głosy, przenikliwy śmiech Picassa.
W pewnym
momencie wchodzi na górę ze swoją Amerykanką,
żeby jej pokazać obrazy. Południe.
Goście
już wyszli.
SABARTÉS:
Ja też już idę... Alarm wisi w powietrzu...
A w wypadku alarmu przerywają dopływ
gazu,
zanim zdążę wrócić do siebie, i już
nie mogę
sobie przygotować obiadu. Nieraz się
tak
zdarzało...
Zjawia
się Picasso, siada: "Uff! Wreszcie
sami!"
Potem raptownie rzuca wieczne pytanie:
"A
co z rysowaniem? Czy wrócił pan do
rysunku?"
Od
nowego
roku rzeczywiście wziąłem się za rysunek
i właśnie przyniosłem ostatnie kartony.
Picasso
chce je obejrzeć.
PICASSO:
Lepsze są niż pańskie rysunki z młodości.
Nie mam żadnego powodu, żeby schlebiać
panu
i opowiadać bajki... Musi pan urządzić
swoją
wystawę. Co za sens to ukrywać? Trzeba
te
rzeczy pokazać, trzeba je sprzedawać...
Mówię
mu, że wybrawszy fotografowanie, nie
chcę
się zbytnio rozpraszać, że od lat dwudziestu
nie dotknąłem ołówka i gdyby nie naleganie
jego, Picassa, nigdy bym prawdopodobnie
nie
wrócił do rysowania...
PICASSO,
niemal zagniewany: Doprawdy, nie rozumiem
pana! Ma pan pewien talent i nie chce
go
pan wyzyskać! To niemożliwe, czy pan
mnie
rozumie, to niemożliwe, aby fotografia
dawała
panu satysfakcję. Odwrotnie, zmusza
pana
do całkowitego wyrzeczenia się!
JA:
Właśnie
to podporządkowanie się bardzo mi odpowiada.
Dysponuję okiem, ale nie dysponuję
ręką;
nie mam prawa dotykać przedmiotów...
Fotografia
to rodzaj ucieczki, tak jak z życia
ucieka
się do klasztoru. Pan także w epoce
kubistycznej
przyjął dobrowolnie regułę. To była
nieubłagana
dyscyplina. Płótna pańskie nawet nie
nosiły
podpisu...
PICASSO:
Tak było, owszem... Toteż trwało to
chwilę
tylko. Gdy się ma coś do powiedzenia,
do
wyrażenia, najmniejsza zależność staje
się
po pewnym czasie nie do zniesienia...
Trzeba
mieć odwagę uznać swój zawód i wykonywać
go. Tak zwany "drugi zawód" to zawracanie
głowy! Ja sam nieraz byłem goły, a
jednak
zawsze się potrafiłem oprzeć pokusie
zarabiania
inaczej niż pędzlem... Mógłbym przecież
i
ja, tak jak Juan Gris, Van Dongen czy
Villon,
robić satyryczne rysunki do pism. Magazyn
"L'Assiette au beurre" proponował mi
800
franków za rysunek, ale nie chciałem,
chodziło
mi o to, żeby żyć z malarstwa... Na
początku
nie sprzedawałem drogo, ale sprzedawałem...
Rysunki i obrazy opuszczały pracownię...
A tylko to się liczy...
Powiedziałem
Picassowi, że nie wybrałem fotografii
jako
"drugiego zawodu" i tylko po to, aby
zarobić,
ale jako jeden ze sposobów ekspresji
charakterystycznych
dla epoki.
JA:
Mało
jest artystów, którzy umieją narzucić
swoje
Panny z Awinionu... Zdechliby z głodu.
Kiedyś
powiedział mi Matisse: "Trzeba być
mocniejszym
niż własny talent, żeby móc go ochronić".
Pan to umiał: mając dwadzieścia pięć
lat
był pan już sławny i osiągnął sukces...
PICASSO:
Tak, sukces to ważna rzecz, sukces!
Twierdzono
nieraz, że artysta powinien pracować
dla
siebie samego, dla "miłości sztuki"
i pogardzać
tak zwanym powodzeniem... Kłamstwo!
Artysta
potrzebuje powodzenia. Nie tylko dlatego,
żeby móc żyć, ale także w tym celu,
żeby
swoje dzieło móc urzeczywistnić. Nawet
bogaty
malarz musi zaznać sukcesu. Tylko niewielu
ludzi coś niecoś ze sztuki rozumie
i nie
wszystkim natura pozwoliła rozwinąć
w sobie
wrażliwość na malarstwo. Większość
sądzi
o dziele sztuki na podstawie osiągniętego
przez artystę sukcesu. Dlaczego więc
zostawić
korzyści sukcesu tym tylko malarzom,
którzy
umieją schlebiać publiczności? Są tacy
w
każdym pokoleniu... Ale gdzie jest
napisane,
że tylko modni malarze mają się cieszyć
sukcesem?
Ja chciałem udowodnić, że można zdobyć
powodzenie
wbrew wszystkim, bez kompromisu...
Wie pan,
na czym to polegało? To sukces z okresu
mojej
młodości był potem moim murem obronnym...
Epoka błękitna, epoka różowa - to były
te
parawany, które mnie osłaniały...
JA:
"Najlepsza
kryjówka to przedwczesna sława..."
- pisał
Nietzsche.
PICASSO:
Bardzo słuszne. Właśnie pod osłoną
wczesnego
powodzenia mogłem potem robić to, co
chciałem,
wszystko to, co chciałem...
[...]
Piątek, 29 listopada 1946
[...]
Zostaję
z Sabartésem. Oznajmia, że magazyn
"Le Point"
chce cały numer poświęcić Picassowi,
i prosi
mnie o współpracę...
SABARTÉS:
Kahnweiler podjął się przygotować ten
numer
i razem z nim wybierzemy odpowiednie
zdjęcia
z pańskiej kolekcji... Wlecze się to
już
dwa lata. A wie pan dlaczego? Wysłany
do
nas przez redakcję list leżał na stole
i
szybko się zapodział... Odnaleźliśmy
go dopiero
kilka dni temu. Uważamy, że należałoby
temu
numerowi nadać charakter dość intymny...
Kahnweiler opublikuje kilka rozmów
z Picassem
i pewne "dokumenty", na przykład wybór,
spośród
tysięcy, kilku adresowanych do niego
listów.
Pomyślałem sobie, że najzabawniej byłoby
wybrać spośród listów z wymysłami.
To prawdziwa
antologia obelg! Właśnie się zajmuję
lekturą
i klasyfikacją tej korespondencji.
Najciekawsze
są tu, w tym stosiku. Chce pan, to
wyciągniemy
stamtąd pierwszy lepszy, jak wypadnie...
I
ze
stosu listów nadchodzących do Picassa
ze
wszystkich stron świata wyciągamy następującą
epistołę:
Grupa
malarzy wyraża sprzeciw wobec produkcji
Pańskich
dzieł, kiczów godnych obłąkanego, choć
na
wystawie wariatów w Sainte-Anne były
rzeczy
znacznie lepsze od Pańskich.
Na
nic
się zdały wszystkie nasze wysiłki,
żeby położyć
kres Pańskiej zgubnej pracy, która
poniża
Francję - zwłaszcza w oczach cudzoziemców,
jak o tym świadczy ostatnia debata
wśród
malarzy angielskich. Wobec tego zdecydowaliśmy
o Pańskim losie sami, na zebraniu w
Dzielnicowym
Klubie tydzień temu: a ponieważ władze
nie
przeciwstawiają się Pańskiej działalności,
postanowiliśmy sami działać...
Na
zakończenie
chciałem osobiście wypalić Panu prawdę
w oczy. Ja Pana znam. Pan jest beztalenciem
nie umiejącym ani malować, ani rysować.
Niech
Pan zestawi swoje śmiecie z dziełami
mistrzów,
jak Rafael, Michał Anioł, Leonardo
da Vinci,
a zobaczy Pan, jakim Pan jest śmieciem!
Jest
Pan zwykłym niewypałem, beztalenciem,
więc
znalazł Pan swoją "idiotyczną formułkę"
dobrą
dla durniów!
Prawdziwe
nieszczęście dla kraju, że młodzi Pana
naśladują!
Biedni kretyni!
Podpisano:
Grupa prawdziwych malarzy.
Paryż,
15 czerwca 1946
Wallace,
amerykański dziennikarz, zjawia się
ze swym
parostronicowym kwestionariuszem. Przedstawiam
go Sabartésowi, który natychmiast przybiera
charakterystyczną minę Wielkiego Inkwizytora
i - doskonale znając angielski - bierze
Amerykanina
na spytki. Potem zwraca się do mnie.
SABARTÉS:
Nigdy by pan nie uwierzył, ile rozmaitych
pytań potrafią przygotować ci Amerykanie!
Włosy stanęłyby mi na głowie, gdybym
miał
jeszcze włosy. Czy widział pan jego
listę?
Ponad pięćdziesiąt pytań, i to jakich!
Dokładny
czas wykonania obrazu, grafiki, rysunku;
ilość dzieł stworzonych w ciągu dnia,
w ciągu
tygodnia, w ciągu miesiąca i w ciągu
roku.
Jak często podpisuje? Liczba dzieł
sprzedanych,
wystawionych, znajdujących się w muzeach,
w posiadaniu artysty itd. Trzeba mieć
twardy
łeb, żeby się dopytywać o takie rzeczy...
I co za naiwność przypuszczać, że Picasso
na te pytania odpowie...
[...]
Cannes, środa 18 maja 1960
[...]
PICASSO:
Nieraz myślę o panu... Pan miał teraz
wystawę
rysunków i rzeźb, prawda? Dużo o tym
słyszałem.
Wiem o wszystkim, co się dzieje...
Ileż to
lat minęło od czasu, gdy widzieliśmy
się
po raz ostatni.
JA:
Chyba
trzynaście. Było to w... 1947 roku.
PICASSO:
Czy to możliwe? Trzynaście lat? Dlaczegoż
pan mnie nie odwiedzał?
Tyle
razy nawiedzała mnie pokusa zobaczenia
się
z Picassem. Szczególnie silna była
ta chęć
na Festiwalu w Cannes w 1956, kiedy
równocześnie
z Tajemnicą Picassa odbył się pokaz
mego
filmu Wycieczka do Zoo w Vincennes.
JA:
Przyjeżdżam
na wybrzeże dość często... Mam dom
w Eze-village.
Myślami często z panem byłem. Ale dzwonić
do pana, to jednak...
PICASSO:
Szkoda, że pan tego nie zrobił... Już
nie
szukam nowych twarzy. Bo po co? Ale
zawsze
jestem u siebie dla przyjaciół... Cieszę
się, gdy ich widzę, bo żyję w odosobnieniu,
jak więzień... Nikomu, nawet najgorszym
wrogom
nie życzę mojej sławy... Sprawia mi
ona cierpienie
fizyczne... Bronię się, jak mogę...
Barykaduję
się za bramami, zamkniętymi na cztery
spusty
w dzień i w nocy...
JA:
A
jednak brama była otwarta...
PICASSO:
Zastał pan ją otwartą tylko dlatego,
że kazałem
ją o pół do trzeciej otworzyć w oczekiwaniu
na pana...
JA:
Jeśli
dobrze zrozumiałem, jesteśmy w twierdzy.
Dla przyjaciół spuszcza się most...
PICASSO:
Niestety, prawie tak to jest...
JA:
A
w Vauvenargues? Czy nie jest pan tam
bezpieczniejszy?
PICASSO:
Tam jeszcze gorzej... Tłumy ciekawych
wypatrujące
mnie przez lornetki... Szpiegują każde
poruszenie.
Niewykluczone, że w tym momencie jacyś
ludzie
oglądają nas z wysp Lérins przy pomocy
teleskopu.
Gdybym chciał się naprawdę osłonić
przed
tymi nietaktownymi spojrzeniami, to
musiałbym
zaciągnąć story wszystkich okien...
No, ale
wtedy pozbawiłbym się przecież widoku
parku
i pejzażu, który jest mi niezbędny...
Okropne!
A to jeszcze nie wszystko. Grozi mi
tu inne
niebezpieczeństwo: wkrótce w sąsiednim
ogrodzie
zostanie wybudowany wieżowiec wysokości
iluś
tam pięter... Nie tylko mi zasłoni
widok
wysp Lérins, ale w dodatku lokatorzy
tego
drapacza będą nas szpiegować z balkonów...
To mnie pewnie zmusi do ucieczki z
tego miejsca...
[...]
|