Książki |  Bank zdjęć |  Usługi |  Kontakt |  Aktualności |  Prezent |  Recenzje 

Fragmenty książki "Rozmowy z Picassem" Brassai

      [...] Było to w roku 1932. Rok graniczny tak zwanego okresu powojennego i okresu wiodącego nas ku drugiej wojnie światowej. W tym czasie, roztrwoniwszy dziesięć lat na Montparnassie - słynne "szalone lata"! - pracowałem nad pierwszą swoją książką Paryż nocą. Do ówczesnych moich przyjaciół i znajomych należał Maurice Raynal, wielki przyjaciel Picassa. Najpierw, jako młody poeta, entuzjastycznie, piórem i kiesą związał się z ruchem kubistycznym. Odziedziczył niewielki majątek i był jedynym well off między tymi malarzami i poetami zagłodzonymi, bez grosza przy duszy. Raynal był człowiekiem łagodnym, o twarzy rzymskiego patrycjusza, jasnym i racjonalnym umyśle, raczej pozbawionym spontaniczności i intuicji; natychmiast ulegał wszystkiemu, co było sprzeczne z jego własną naturą: nieokrzesanemu wigorowi Alfreda Jarry'ego, czarnemu humorowi Alfonsa Allais, szelmowskim kawałom Manola, wygłupom Maxa Jacoba, cyrkowym sztuczkom Picassa, spontaniczności Guillaume'a Apollinaire'a i prostoduszności Celnika Rousseau. Pomału Raynal odrywał się od poezji, coraz bardziej zainteresowany krytyką sztuki, śladem André Salmona i Apollinaire'a. Ostrym, a nawet jadowitym piórem w ciągu wielu lat ci trzej muszkieterowie sztuki nowoczesnej bronili "nowego ducha". André Salmon miał swoją rubrykę w "L'Intransigeant", "bardzo paryskim" wieczornym piśmie Léona Bailby'ego. Tamci dwaj wojowali jako wolni strzelcy w rozmaitych mało znanych czy efemerycznych wydawnictwach, na przykład w "Soirées de Paris".
      W 1910 Salmon przeszedł z "L'Intransigeant" do innego dziennika odstępując rubrykę Apollinaire'owi, szczęśliwemu, że odtąd będzie mógł bronić Picassa, Matisse'a, Deraina, Vlamincka, Celnika Rousseau i swojej umiłowanej Marii Laurencin. Głośna afera skradzionych w Luwrze posągów fenickich wtrąca autora Cycków Terezjasza do więzienia La Santé, a Picasso staje przed sędzią śledczym. Ze czci odarty, skompromitowany Apollinaire musi porzucić, jak Salmon, placówkę w "L'Intran". Wtedy właśnie obejmuje ją Maurice Raynal, a kilka lat później doszlusuje do niego młody krytyk sztuki greckiej E. Tériade. W taki sposób urodzili się "dwaj ślepcy", przydomek, jakim odtąd podpisywali z humorem słynny felieton o sztuce. Fernanda Légera, Le Corbusiera, mnie i paru innych artystów Raynal zapraszał często na kolację do swego mieszkania przy ulicy Denfert-Rochereau ozdobionego niejednym Picassem z epoki kubistycznej. To właśnie dzięki Raynalowi poznałem pewnego razu Maxa Jacoba w monoklu połyskującym pod gładką jak kość słoniowa czaszką.
      Drugiego "ślepca", stałego jak ja bywalca Café du Dôme, widywałem często na Montparnassie. Okrągławy, solenny, wciąż zawoalowany jakąś tajemnicą - takim wydał mi się Tériade. Pewnego dnia, upewniwszy się, że nikt nie słucha, odciągnął mnie na stronę i w zagmatwanych słowach zwierzył mi się z pomysłu zrealizowania pewnego projektu... Na coś się zanosi... Ktoś jest w trakcie... Niewykluczone, że... chodzi o bardzo ważne zadanie - o czym może tylko tyle powiedzieć, że nic na ten temat nie ma prawa pisnąć... Ale żebym był gotów w każdej chwili, a najważniejsze, żebym nigdy przed nikim się nie wygadał z tego, co usłyszałem, i żebym bezwzględnie dochował tajemnicy... Za namową Tériade'a zagłębiłem się w greckiej mitologii i zaczynałem się już głowić, na jaką to niebywałą włóczęgę mój przezorny Ulisses mnie wyciągnie... W ciągu kilku tygodni tajemnica się zagęszczała, w końcu wybiła Wielka Godzina i rozdarła się zasłona. Oto porwał mnie obłok i złożył pod numerem 23 przy ulicy La Boétie, w pracowni Pabla Picassa.

      Gdy pierwszy raz przekroczyłem próg tej "pracowni", Picasso właśnie skończył pięćdziesiątkę. Oczywiście, o rozgłos już nie potrzebował zabiegać... Jednak dopiero w tym przełomowym roku zaczęło jego imię promieniować na cały świat... Datą znaczącą w jego życiu stał się 15 czerwca, kiedy w złoconych salonach galerii Georges'a Petit - szczytowe wydarzenie paryskiego sezonu - otwarto wielką retrospektywę Picassa. Wtedy po raz pierwszy można było zobaczyć olśniewający zestaw dwustu trzydziestu sześciu jego płócien i ogarnąć jednym spojrzeniem epoki błękitną i różową, kubistyczną i klasyczną, sumę jego twórczości.
      Sam dobrał swoje dzieła, może po raz ostatni w życiu sam pilnował rozwieszenia płócien, o których powiedział do Tériade'a, że ujrzał je, jak przybywają do niego z daleka "niby marnotrawne dzieci wracające w złotych szatach do domu". Wiedział, że ta bitwa o wszystkim zdecyduje, więc w przeddzień chciał obejrzeć swoich tyralierów jednego po drugim... Był malarzem arywistą, ze wszystkimi cechami, ze wszystkimi zewnętrznymi tego oznakami: więc samochód hispano-suiza z szoferem w liberii, garnitury od najdroższych krawców, rasowe psy, dwa apartamenty w wielkomieszczańskim guście, mały zamek w Normandii - tylko co nabył Boisgeloup - kasa pancerna i, naturalnie, efektowna przyjaciółka... Nie brakowało niczego. "Kasztelan" Picasso przyjmował u siebie hrabiego Étienne de Beaumont, Misię Sert, Erika Satie, Manuela de Fallę, Artura Rubinsteina, Jeana Cocteau, jednym słowem "cały Paryż"; bywał dużo, nie opuszczał premier teatralnych i baletów, zawsze w towarzystwie pięknej i eleganckiej żony. Znajdował się u szczytu swojego okresu "światowego".
      Miałem na pewno tremę, znalazłszy się wtedy przed Picassem. Emocja mieszała się z czymś w rodzaju trwogi, bo też miał w tej epoce reputację nieprzystępnego. W pierwszych chwilach tego spotkania, speszony, przypatrywałem się jego twarzy. Czy odpowiadała obrazowi, jaki w sobie stworzyłem na podstawie jego dzieła i legendy o nim? Żywy Picasso, jakiego miałem przed sobą, zatarł ów obraz i wszystkie moje obawy: prosty człowiek, bez afektacji, pychy, bez pozy. Jego naturalność i miłe obejście od razu wróciły mi dobre samopoczucie. Rozglądałem się po tym dziwnym mieszkaniu: spodziewałem się pracowni malarskiej, a był to apartament zamieniony na skład rupieci, graciarnię. Nie ulega wątpliwości, że nigdy mieszczańskie mieszkanie nie było urządzone w sposób tak niemieszczański: pokoi cztery czy pięć - każdy z marmurowym kominkiem zwieńczonym lustrem - zupełnie wyzutych z typowych mebli, wypełnionych stosami płócien, kartonami, pakunkami, tłumokami zawierającymi przeważnie formy odlewnicze, stertami książek, ryzami papieru, przedmiotami najróżniejszego pochodzenia, rzuconymi bez ładu i składu wzdłuż ścian, nawet na ziemi, a wszystko pokryte grubą warstwą kurzu. Drzwi między pokojami były otwarte, może nawet wyjęte, co przekształcało to obszerne mieszkanie w jedną pracownię z mnóstwem wyodrębnionych zakątków przystosowanych do różnorakich zajęć malarza. Stąpało się po parkiecie zużytym, wytartym, od dawna nie pastowanym, zasłanym dokładnie niedopałkami papierosów... Sztalugę postawił Picasso w największym pokoju, jedynym jako tako umeblowanym i najjaśniejszym, gdzie pewnie był przedtem salon. Okno wychodziło na południe, z pięknym widokiem na dachy Paryża najeżone lasem czerwonych i czarnych kominów, zza których wyłaniała się w dali wieża Eiffla. Nigdy tu nie zachodziła pani Picasso. Artysta nie wpuszczał do pracowni nikogo, wyjąwszy paru przyjaciół. Kurz mógł tu sobie swobodnie osiadać i układać się bez obawy, że służąca dotknie go miotełką z piór...
      Ale skąd ten pomysł u Picassa, żeby rzucić wzgórze Montmartre'u i Montparnasse i zamieszkać przy ulicy La Boétie? Niezwykła migracja ze wschodu ku temu swego rodzaju Dalekiemu Zachodowi luksusowego handlu, domów mody, kawiarni, szykownych hoteli, teatrów ściągnęła także, swoim śladem, handlarzy obrazami... Przy ulicy Laffitte i w sąsiedztwie mieściły się: przedziwna dziura Ambroise'a Vollarda, handelek Clovisa Sagota, piękne sale wystawowe Durand-Ruela, przyjaciela i marszanda impresjonistów; galeria Bernheima młodszego, wystawne salony Georges'a Petit. Galeria Rosenbergów należąca do ojca Paula i Léonce'a przy avenue de l'Opéra, galeria Druet przy ulicy Royale, mała galeryjka Kahnweilera przy ulicy Vignon w pobliżu kościoła Madeleine stanowiły już kilka wysuniętych placówek w tym marszu na zachód, w stronę Place de l'Étoile... Pierwszy przy La Boétie osiadł John Hessel, za nim Paul Rosenberg, a jego brat Léonce wybrał sobie sąsiednią ulicę, Bernheim młodszy, wyskoczywszy zrazu aż na bulwar Madeleine, usadowił się na Faubourg Saint-Honoré, Kahnweiler przy ulicy Astorg, Durand-Ruel przy avenue Friedland, a za nim wielu innych marszandów: "ojciec Chéron", młody Paul Guillaume, któremu zawdzięczać będą sławę Chirico, Modigliani i Soutine. Uciekli wszyscy z ulicy Laffitte. Tylko Vollard, złożywszy swoje penaty we własnej rezydencji przy ulicy Martignac, otworzył drogę dla drugiej migracji, na lewy brzeg Sekwany. O ile ulica Laffitte była centrum impresjonistów i fowistów aż do początków wieku, to La Boétie stała się sceną wielkiej epoki kubistów i surrealistów.
      W 1917 roku, podczas gdy Picasso wybrał się do rodziców w Barcelonie, żeby im przedstawić swą młodą narzeczoną, Olgę Kochlovą - którą akurat poznał w Rzymie, gdzie projektował dekoracje i kostiumy do Parady - ówczesna jego pracownia na Montrouge została zalana. Zwrócił się wtedy do swego nowego marszanda Paula Rosenberga (który od wojny 1914 roku zastąpił Kahnweilera), prosząc, żeby go przeniósł do jakiegoś innego mieszkania. Rosenberg wynajął dlań apartament w domu przylegającym do jego galerii. I tak, z inicjatywy marszanda, Picasso znalazł się w samym środku nowego geograficznego obwodu handlu obrazami... Podobnie jak w Bateau-Lavoir i tu wynajął najpierw jeden, potem, piętro wyżej, drugi identyczny apartament: jeden przeznaczył na mieszkanie, drugi na pracownię. Ten na niższym piętrze stał się modnym miejscem życia światowego. Drugiego używał jako pracowni... Kontrast między nimi był uderzający: na dole wielka jadalnia, ogromny rozsuwany stół, stolik zapasowy i gerydony w rogach; salon cały na biało; sypialnia z dwoma bliźniaczymi łóżkami z miedzi. Żadnego zaniedbania, nigdzie ani odrobiny kurzu! Posadzki i meble błyszczące, wyfroterowane. Picasso, kiedy go poznałem, mieszkał tam już od piętnastu lat. Dziwna rzecz, nic tam nie nosiło jego piętna, jedynie gzyms przy kominku świadczył o jego fantazji. Nawet obrazy z epoki kubistycznej, już klasyczne, zostały bardzo starannie oprawione i wisiały obok Cézanne'ów, Renoirów, Corotów, jakby się znajdowały nie u Picassa, ale u jakiegoś bogatego kolekcjonera.
      Mieszczańskie mieszkanie Picassa zupełnie nie pasowało do zwykłego trybu jego życia. Nie było tam widać żadnego z tych dziwacznych mebli, za którymi przepadał, ani jednego z nieprawdopodobnych przedmiotów, które lubił mieć koło siebie, mowy nie było o malowniczym bałaganie... To Olga zazdrośnie pilnowała, żeby Picasso nie odcisnął swej potężnej indywidualności w domenie, którą uważała za własną...

      Wtedy to dowiedziałem się, na czym ma polegać moje zadanie. Miałem sfotografować nie znane dotąd zupełnie rzeźbiarskie utwory Picassa. Moje fotografie miały wypełnić około trzydziestu stron pierwszego numeru nowego przeglądu "Minotaure". Bo właśnie powstawało najpiękniejsze pismo artystyczne in the world.

[...]

Wtorek, 7 grudnia 1943

[...]

      Spotykam Françoise Gilot na ulicy des Grands-Augustins. Pod pachą dźwiga, jak zwykle, kilka rulonów i mimo zimna, mimo smagającego wiatru sinymi i nabrzmiałymi od odmrożenia palcami rozwija przede mną kilka najnowszych gwaszów, martwe natury o żywych kolorach, zdradzające pewne uzdolnienia malarskie. "Pokażę je Picassowi..." - mówi mi z porozumiewawczym uśmiechem.
      Trzy lata temu spotkałem ją po raz pierwszy w pracowni malarskiej na Montparnassie u jakiegoś Węgra, który wprowadzał Françoise w arkana rzemiosła. Była wtedy młodziutką osiemnasto- czy dziewiętnastoletnią dziewczyną, namiętnie zakochaną w sztuce, chciwą rad i z niecierpliwością czekającą na uznanie jej talentu. Często mi opowiadała o nieporozumieniach ze swoją rodziną w Paryżu, zbyt mieszczańską, żeby pozwolić jej na rzucenie studiów uniwersyteckich dla malarstwa, nie pojmującą, jak można przedkładać włóczenie się po pracowniach nad komfort willi w Neuilly, dokąd mnie kiedyś zaprosiła na kolację... Uderzyła mnie żywotność dziewczyny i jej upór w zwalczaniu trudności. Z całej jej postaci biła świeżość i wrażenie niezmożonej aktywności... Swym pełnym egzaltacji uwielbieniem dla malarstwa i malarzy przypominała mi Bettinę Brentano, olśnioną poezją i poetami, wciągniętą nieodparcie w wir genialności, gwałtownie rozkochaną, w wieku osiemnastu lat, w Goethem... To był diabeł wcielony ta Bettina... Françoise od dłuższego już czasu płonęła żądzą pokazania swego malarstwa Picassowi... Kilka miesięcy temu, w maju bieżącego roku, przedstawiono ją artyście w pewnej paryskiej restauracji. Odtąd wciąż tu przychodzi i czeka w przedsionku, czy jej idol zwróci na nią uwagę.



      Co do niego, nie ukrywa, że w jego życie wtargnęła nowa namiętność... To mu pochlebia, jest dumny, że również jako mężczyzna odniósł sukces, więc chce, żeby o tym wiedziano... Jednak nie jestem zdania, tak jak Max Jacob, że Picasso wymieniłby swoją artystyczną sławę na reputację Don Juana. Zawsze skory do nowej przygody i równie często znudzony, istny uwodziciel z Sewilli, jeżeli pozwalał się czasem przez kobietę ujarzmić, to z tym większym impetem uwalniał się od niej w swojej twórczości. Dla niego przygoda miłosna nigdy nie była celem samym w sobie, tylko bodźcem dla jego siły twórczej, więc sprawą zbyt ważną, żeby godził się na nią w postaci przelotnej i ukradkowej. Raczej łzy i dramatyczne sceny niż dyskretny woal osłaniający nazwisko i twarz tej, którą kochał... Niewiele brakowało, a krzyczałby o swoim powodzeniu z dachów domów... Ale nawet, gdyby starał się ukryć uczucie, zdradziłyby jego sekret rysunki, malarstwo, grafika i rzeźby. Natychmiast rysy nowej wybranki nałożyłyby się na wizerunki tamtej porzuconej...
      Oczarowany i podbity nadąsanymi, nieco małymi ustami, prostym nosem, pieprzykiem na policzku, gęstymi jasnobrunatnymi włosami spływającymi po obu stronach twarzy, szeroko otwartymi zielonymi i asymetrycznymi oczami, łukowatymi brwiami, wreszcie młodzieńczym ciałem o wąskiej talii, które już zaczęło nabierać kobiecych krągłości, Picasso zakochał się we Françoise i pozwolił jej adorować siebie. Kocha ją tak, jakby kochał pierwszy raz w życiu.
      Jestem świadkiem tej rodzącej się idylli, widzę pobudzoną wrażliwość Picassa, która zawsze zapowiada odnowę twórczą, więc zastanawiam się, w jakiej postaci ta nowa obecność kobiety odbije się tym razem na jego sztuce, bo to już reguła, że każde miłosne doświadczenie wydobywa z niego oryginalny sposób artystycznego uzewnętrznienia, który nosi zazwyczaj imię kobiety... Obawiam się jednak, że ten związek przyniesie bolesne doświadczenia i że już teraz nosi ich piętno...
      Gdy spotykam się z Picassem, trochę wzburzonym, onieśmielonym jak zakochany pierwszy raz w życiu sztubak, mówi mi, wskazując młodą adeptkę sztuki.
      - Czyż nie jest piękna? Niech pan spojrzy! Czyż nie jest przemiła ta Françoise? Niech pan ją kiedyś sfotografuje, bardzo o to proszę. Ale musi mieć wtedy włosy trochę rozczochrane, w nieładzie... Broń Boże nie od fryzjera... Znieść nie mogę tych ulizanych koafiur!...
      Nie po raz pierwszy stwierdzam tę jego nienawiść do starannego uczesania. Podobnie jak lubi koty na swobodzie, woli stanowczo włosy dzikie i swobodne... Gdyby to od niego zależało, wszystkie kobiety na świecie nosiłyby włosy potargane, spadające na kark, na twarz i na piersi... W taki właśnie sposób malował zwykle Dorę Maar, Nusch, tak teraz maluje Françoise...

[...]

Piątek, 9 kwietnia 1944

[...]

      Nadchodzi wydawca albumów o sztuce.
      PICASSO: Oto jedyny edytor, który mi płaci! Bardzo chciałbym się pana poradzić, jak zmusić pańskich kolegów do regulowania rachunków! Powinien pan redagować dla mnie projekty umów... Byle stanowczo! Z najlepszymi dla mnie warunkami... Edytorzy to osobliwi ludzie! Proszę, tu jest właśnie list dzisiejszej poczty od wydawcy niemieckiego, który mi proponuje zrobienie albumu o moim malarstwie. Pod koniec listu - niech pan dobrze słucha! - ten facet miał czelność napisać: "Wyrażam nadzieję, panie Picasso, że dzięki tej książce sprzeda pan dużo swoich obrazów!" A ja sądzę, że to raczej on sprzeda dużo książek dzięki moim obrazom!
      Wydawca wyjaśnia, że przygotowuje książkę o Celniku Rousseau i chciałby w niej reprodukować wszystkie rzeczy Celnika, które posiada Picasso.
      PICASSO, wznosząc do góry ramiona: Tak jakbym nie miał nic do roboty ze swoimi własnymi dziełami!
      Wydawca: Tylko do siebie samego może pan mieć z tego powodu pretensję. Bo pan jest także wielkim kolekcjonerem! Zebrał pan tyle pięknych rzeczy!
      Akurat wyszedł z druku nowy album o Celniku Rousseau. Nadszedł tylko co, więc go widać na stosie książek. Picasso bierze do ręki, przewraca kartki i wykrzykuje:
      - Ależ to jest falsyfikat!
      I powołując nas na świadków, ogląda zawartość książki.
      PICASSO: Proszę tylko spojrzeć! Ten tutaj jest też podrobiony. A oto trzeci, czwarty... Wszystkie te sentymentalne głowy pochylone na ramiona... Nigdy by Rousseau tak nie namalował! Głowy jego postaci zawsze trzymały się mocno w pionie, a wyraz twarzy był z reguły niemiły, nawet twarzy dzieci. Tymczasem twarze malowane przez fałszerza są słodkie i cielęce... Te sposoby stały się już obiegową monetą. Robi się na pozór ambitny album; bierze się do tego nazwisko modnego krytyka i sztuczka się udaje... Tym sposobem obrazy sfałszowane, które przemycono między prawdziwymi, uzyskują papiery autentyczności... Niewiarygodne! I zawsze się znajdą durnie, którzy się pozwalają nabrać...
      Po czym Picasso przypomina historię podrobionego El Greca w Chicago, o której już nieco słyszałem. Ktoś informuje: "To malarz Iks fabrykuje te fałszywe Rousseau". Inny głos mówi: "Spotkałem tego pana Iks. Zaczął właśnie ubolewać, że Picasso oskarża go o fałszowanie Rousseau. 'Niewiele brakuje - lamentował, a zarzuci mi podrobienie Śpiącej Cyganki!'". Picasso parska śmiechem i wszyscy się śmiejemy.
      Wydawca albumów mówi, że udało mu się wyszperać dawniejszego Picassa, mianowicie jego autoportret, który natychmiast kupił.
      PICASSO: Doskonale pan postąpił! Moje autoportrety są bardzo rzadkie...
      Pyta, czy mam mu coś do pokazania. Od tego pytania zawsze zaczyna. Gdy odpowiadam przecząco, okazuje niezadowolenie. Ale kiedy mówię mu: "Tak, przyniosłem panu fotosy...", twarz Picassa rozpromienia się i chce je natychmiast zobaczyć. Nie wiem, czy wyciągać z teczki wszystkie od razu: jest ich około piętnastu.
      PICASSO, woła: Niech pan je pokaże, wszystkie, a jakże... Może to dziwne, wie pan, ale za pośrednictwem pańskich fotografii mogę te rzeźby ocenić... Dzięki fotografiom patrzę na nie nowym okiem.
      Obracając w rękach pakiet, szuka właściwego miejsca, by je spokojnie obejrzeć. Nie znajduje, idzie więc na górę do swego pokoju, do swojej "arki Noego", gdzie ma zwyczaj chronić przed potopem wszystko, co w danej chwili jest dla niego ważne: listy, książkę, pismo ilustrowane, fotografię... Obejrzy to sobie spokojnie i przeczyta w nocy, w łóżku...

[...]

Środa, 3 maja 1944

[...]

      Mam nadzieję, że tym razem pójdziemy do tej drugiej pracowni.
      SABARTÉS: Nie ma pan szczęścia... Picasso jest dziś zawalony pracą... Nie znajdzie ani chwili dla pana...
      Zabieram się do odwrotu, gdy nagle się ukazuje, promienny i przyjazny. Pokazuję mu fotografię z owym bujnym aktem, gdy parodiuje "artystę malarza". Jest zachwycony. Wyciągam również z teczki zdjęcie grupy; najpierw to nieudane. "Odbiłem je mimo wszystko - mówię - może się panu spodoba..."
      PICASSO: Doskonale pan uczynił. Wyjątkowy dokument! Wszyscy wpatrywaliśmy się w obiektyw, gdy zdarzył się ten wypadek. Co tu teraz widzimy? Że nikt się nie poruszył. A przecież wywrócił pan wtedy miskę i rozlała się woda... Tylko ja jeden i Kazbek zareagowaliśmy natychmiast. Dlaczego? Dlatego że mam niesłychanie szybki refleks, tak szybki jak refleks psa...
      Odpowiadam, śmiejąc się: Tamci się nie ruszyli, żeby nie zepsuć fotografii, na której będą w towarzystwie Picassa. A co do pana, to przestraszył się pan po prostu, czy nie zalałem pańskich obrazów... Taka jest moja wersja...
      Picasso śmieje się, ale wie, że żartuję. Bo on naprawdę posiada ten niebywały, błyskawiczny refleks. W tej jego szybkości ruchów i spojrzeń, w tej czujności i momentalnych reakcjach odnajduję umiejętność koncentracji, obecność ducha torero, który pod grozą natychmiastowej śmierci nie może sobie pozwolić na najmniejsze wahanie czy nieuwagę... W listopadzie 1963 opowiadał mi Peinado, jak to Picasso odbierał w jego obecności jakiś telefon. Głos w telefonie: "To pan, Pablo? Mówi Van Gogh". Na co Picasso bez najmniejszych oznak zaskoczenia czy namysłu: "Dobrze, ale który? Vincent czy Théo?..."
      Pokazuję mu następnie drugą fotografię grupy.
      PICASSO: Niech pan spojrzy, co przede wszystkim przyciąga uwagę. Ten ostry kant spodni Jeana Cocteau! Jak brzytew, jak ołowianka do sprawdzania pionu. Zawsze, odkąd go znam, jego kanty były bez zarzutu. Już w kołysce miał te spodnie z kantami. W ogóle urodził się zaprasowany... A jaki elegancki jest Jean Marais. W dobrym jestem towarzystwie! Między nimi wyglądam jak kloszard w tych portkach na kształt korkociągu, które dawno zapomniały o żelazku... Dziś mam różne spotkania, między innymi z pewną piękną kobietą z Ameryki Południowej. Więc nie będziemy mogli pójść do pracowni, niech mi pan wybaczy. A jeszcze muszę zrobić się na bóstwo... Niechże pan jednak zostanie. Proszę fotografować wszystko, co pan chce, łącznie z tą Amerykanką. Nie będzie mi pan przeszkadzał...
      Świetne jest tego dnia światło. Tańczy na dachach, kominach, fragmentach murów, które Picasso, malując, ma zawsze przed oczami: jak dyskretne tło, całe w gamie szarej, czerwonej i bladobeżowej. Słoneczne promienie wpadają do środka przez wielkie okno; drży w ich świetle kurz starych belek; promienie błyszczą na sześciokątnych czerwonych płytkach; rozbijają się na ich zgrubieniach; oświetlają mały żelazny stolik poplamiony farbą, na którym leżą - świadectwo całonocnej walki - pędzle i tuby z farbami, wreszcie ogarniają posłanie psa Picassa, który z rozkoszą wyciąga na słońcu łapy i kościsty zad.
      Robię kilka zdjęć. Przez ten czas gości w przedpokoju nie ubywa. Słyszę z dołu gwar rozmów, podniesione głosy, przenikliwy śmiech Picassa. W pewnym momencie wchodzi na górę ze swoją Amerykanką, żeby jej pokazać obrazy. Południe. Goście już wyszli.
      SABARTÉS: Ja też już idę... Alarm wisi w powietrzu... A w wypadku alarmu przerywają dopływ gazu, zanim zdążę wrócić do siebie, i już nie mogę sobie przygotować obiadu. Nieraz się tak zdarzało...
      Zjawia się Picasso, siada: "Uff! Wreszcie sami!" Potem raptownie rzuca wieczne pytanie: "A co z rysowaniem? Czy wrócił pan do rysunku?"
      Od nowego roku rzeczywiście wziąłem się za rysunek i właśnie przyniosłem ostatnie kartony. Picasso chce je obejrzeć.
      PICASSO: Lepsze są niż pańskie rysunki z młodości. Nie mam żadnego powodu, żeby schlebiać panu i opowiadać bajki... Musi pan urządzić swoją wystawę. Co za sens to ukrywać? Trzeba te rzeczy pokazać, trzeba je sprzedawać...
      Mówię mu, że wybrawszy fotografowanie, nie chcę się zbytnio rozpraszać, że od lat dwudziestu nie dotknąłem ołówka i gdyby nie naleganie jego, Picassa, nigdy bym prawdopodobnie nie wrócił do rysowania...
      PICASSO, niemal zagniewany: Doprawdy, nie rozumiem pana! Ma pan pewien talent i nie chce go pan wyzyskać! To niemożliwe, czy pan mnie rozumie, to niemożliwe, aby fotografia dawała panu satysfakcję. Odwrotnie, zmusza pana do całkowitego wyrzeczenia się!
      JA: Właśnie to podporządkowanie się bardzo mi odpowiada. Dysponuję okiem, ale nie dysponuję ręką; nie mam prawa dotykać przedmiotów... Fotografia to rodzaj ucieczki, tak jak z życia ucieka się do klasztoru. Pan także w epoce kubistycznej przyjął dobrowolnie regułę. To była nieubłagana dyscyplina. Płótna pańskie nawet nie nosiły podpisu...
      PICASSO: Tak było, owszem... Toteż trwało to chwilę tylko. Gdy się ma coś do powiedzenia, do wyrażenia, najmniejsza zależność staje się po pewnym czasie nie do zniesienia... Trzeba mieć odwagę uznać swój zawód i wykonywać go. Tak zwany "drugi zawód" to zawracanie głowy! Ja sam nieraz byłem goły, a jednak zawsze się potrafiłem oprzeć pokusie zarabiania inaczej niż pędzlem... Mógłbym przecież i ja, tak jak Juan Gris, Van Dongen czy Villon, robić satyryczne rysunki do pism. Magazyn "L'Assiette au beurre" proponował mi 800 franków za rysunek, ale nie chciałem, chodziło mi o to, żeby żyć z malarstwa... Na początku nie sprzedawałem drogo, ale sprzedawałem... Rysunki i obrazy opuszczały pracownię... A tylko to się liczy...
      Powiedziałem Picassowi, że nie wybrałem fotografii jako "drugiego zawodu" i tylko po to, aby zarobić, ale jako jeden ze sposobów ekspresji charakterystycznych dla epoki.
      JA: Mało jest artystów, którzy umieją narzucić swoje Panny z Awinionu... Zdechliby z głodu. Kiedyś powiedział mi Matisse: "Trzeba być mocniejszym niż własny talent, żeby móc go ochronić". Pan to umiał: mając dwadzieścia pięć lat był pan już sławny i osiągnął sukces...
      PICASSO: Tak, sukces to ważna rzecz, sukces! Twierdzono nieraz, że artysta powinien pracować dla siebie samego, dla "miłości sztuki" i pogardzać tak zwanym powodzeniem... Kłamstwo! Artysta potrzebuje powodzenia. Nie tylko dlatego, żeby móc żyć, ale także w tym celu, żeby swoje dzieło móc urzeczywistnić. Nawet bogaty malarz musi zaznać sukcesu. Tylko niewielu ludzi coś niecoś ze sztuki rozumie i nie wszystkim natura pozwoliła rozwinąć w sobie wrażliwość na malarstwo. Większość sądzi o dziele sztuki na podstawie osiągniętego przez artystę sukcesu. Dlaczego więc zostawić korzyści sukcesu tym tylko malarzom, którzy umieją schlebiać publiczności? Są tacy w każdym pokoleniu... Ale gdzie jest napisane, że tylko modni malarze mają się cieszyć sukcesem? Ja chciałem udowodnić, że można zdobyć powodzenie wbrew wszystkim, bez kompromisu... Wie pan, na czym to polegało? To sukces z okresu mojej młodości był potem moim murem obronnym... Epoka błękitna, epoka różowa - to były te parawany, które mnie osłaniały...
      JA: "Najlepsza kryjówka to przedwczesna sława..." - pisał Nietzsche.
      PICASSO: Bardzo słuszne. Właśnie pod osłoną wczesnego powodzenia mogłem potem robić to, co chciałem, wszystko to, co chciałem...

[...]

Piątek, 29 listopada 1946

[...]

      Zostaję z Sabartésem. Oznajmia, że magazyn "Le Point" chce cały numer poświęcić Picassowi, i prosi mnie o współpracę...
      SABARTÉS: Kahnweiler podjął się przygotować ten numer i razem z nim wybierzemy odpowiednie zdjęcia z pańskiej kolekcji... Wlecze się to już dwa lata. A wie pan dlaczego? Wysłany do nas przez redakcję list leżał na stole i szybko się zapodział... Odnaleźliśmy go dopiero kilka dni temu. Uważamy, że należałoby temu numerowi nadać charakter dość intymny... Kahnweiler opublikuje kilka rozmów z Picassem i pewne "dokumenty", na przykład wybór, spośród tysięcy, kilku adresowanych do niego listów. Pomyślałem sobie, że najzabawniej byłoby wybrać spośród listów z wymysłami. To prawdziwa antologia obelg! Właśnie się zajmuję lekturą i klasyfikacją tej korespondencji. Najciekawsze są tu, w tym stosiku. Chce pan, to wyciągniemy stamtąd pierwszy lepszy, jak wypadnie...
      I ze stosu listów nadchodzących do Picassa ze wszystkich stron świata wyciągamy następującą epistołę:

      Grupa malarzy wyraża sprzeciw wobec produkcji Pańskich dzieł, kiczów godnych obłąkanego, choć na wystawie wariatów w Sainte-Anne były rzeczy znacznie lepsze od Pańskich.
      Na nic się zdały wszystkie nasze wysiłki, żeby położyć kres Pańskiej zgubnej pracy, która poniża Francję - zwłaszcza w oczach cudzoziemców, jak o tym świadczy ostatnia debata wśród malarzy angielskich. Wobec tego zdecydowaliśmy o Pańskim losie sami, na zebraniu w Dzielnicowym Klubie tydzień temu: a ponieważ władze nie przeciwstawiają się Pańskiej działalności, postanowiliśmy sami działać...
      Na zakończenie chciałem osobiście wypalić Panu prawdę w oczy. Ja Pana znam. Pan jest beztalenciem nie umiejącym ani malować, ani rysować.
      Niech Pan zestawi swoje śmiecie z dziełami mistrzów, jak Rafael, Michał Anioł, Leonardo da Vinci, a zobaczy Pan, jakim Pan jest śmieciem!
      Jest Pan zwykłym niewypałem, beztalenciem, więc znalazł Pan swoją "idiotyczną formułkę" dobrą dla durniów!
      Prawdziwe nieszczęście dla kraju, że młodzi Pana naśladują! Biedni kretyni!
                                    Podpisano: Grupa prawdziwych malarzy.
                                    Paryż, 15 czerwca 1946


      Wallace, amerykański dziennikarz, zjawia się ze swym parostronicowym kwestionariuszem. Przedstawiam go Sabartésowi, który natychmiast przybiera charakterystyczną minę Wielkiego Inkwizytora i - doskonale znając angielski - bierze Amerykanina na spytki. Potem zwraca się do mnie.
      SABARTÉS: Nigdy by pan nie uwierzył, ile rozmaitych pytań potrafią przygotować ci Amerykanie! Włosy stanęłyby mi na głowie, gdybym miał jeszcze włosy. Czy widział pan jego listę? Ponad pięćdziesiąt pytań, i to jakich! Dokładny czas wykonania obrazu, grafiki, rysunku; ilość dzieł stworzonych w ciągu dnia, w ciągu tygodnia, w ciągu miesiąca i w ciągu roku. Jak często podpisuje? Liczba dzieł sprzedanych, wystawionych, znajdujących się w muzeach, w posiadaniu artysty itd. Trzeba mieć twardy łeb, żeby się dopytywać o takie rzeczy... I co za naiwność przypuszczać, że Picasso na te pytania odpowie...

[...]

Cannes, środa 18 maja 1960

[...]

      PICASSO: Nieraz myślę o panu... Pan miał teraz wystawę rysunków i rzeźb, prawda? Dużo o tym słyszałem. Wiem o wszystkim, co się dzieje... Ileż to lat minęło od czasu, gdy widzieliśmy się po raz ostatni.
      JA: Chyba trzynaście. Było to w... 1947 roku.
      PICASSO: Czy to możliwe? Trzynaście lat? Dlaczegoż pan mnie nie odwiedzał?
      Tyle razy nawiedzała mnie pokusa zobaczenia się z Picassem. Szczególnie silna była ta chęć na Festiwalu w Cannes w 1956, kiedy równocześnie z Tajemnicą Picassa odbył się pokaz mego filmu Wycieczka do Zoo w Vincennes.
      JA: Przyjeżdżam na wybrzeże dość często... Mam dom w Eze-village. Myślami często z panem byłem. Ale dzwonić do pana, to jednak...
      PICASSO: Szkoda, że pan tego nie zrobił... Już nie szukam nowych twarzy. Bo po co? Ale zawsze jestem u siebie dla przyjaciół... Cieszę się, gdy ich widzę, bo żyję w odosobnieniu, jak więzień... Nikomu, nawet najgorszym wrogom nie życzę mojej sławy... Sprawia mi ona cierpienie fizyczne... Bronię się, jak mogę... Barykaduję się za bramami, zamkniętymi na cztery spusty w dzień i w nocy...
      JA: A jednak brama była otwarta...
      PICASSO: Zastał pan ją otwartą tylko dlatego, że kazałem ją o pół do trzeciej otworzyć w oczekiwaniu na pana...
      JA: Jeśli dobrze zrozumiałem, jesteśmy w twierdzy. Dla przyjaciół spuszcza się most...
      PICASSO: Niestety, prawie tak to jest...
      JA: A w Vauvenargues? Czy nie jest pan tam bezpieczniejszy?
      PICASSO: Tam jeszcze gorzej... Tłumy ciekawych wypatrujące mnie przez lornetki... Szpiegują każde poruszenie. Niewykluczone, że w tym momencie jacyś ludzie oglądają nas z wysp Lérins przy pomocy teleskopu. Gdybym chciał się naprawdę osłonić przed tymi nietaktownymi spojrzeniami, to musiałbym zaciągnąć story wszystkich okien... No, ale wtedy pozbawiłbym się przecież widoku parku i pejzażu, który jest mi niezbędny... Okropne! A to jeszcze nie wszystko. Grozi mi tu inne niebezpieczeństwo: wkrótce w sąsiednim ogrodzie zostanie wybudowany wieżowiec wysokości iluś tam pięter... Nie tylko mi zasłoni widok wysp Lérins, ale w dodatku lokatorzy tego drapacza będą nas szpiegować z balkonów... To mnie pewnie zmusi do ucieczki z tego miejsca...

[...]

Początek strony
© Copyright 2001-2004 by
Wydawnictwo Dęby Rogalińskie