|
[...] Chłopcy wstawali o
siódmej. Mycie zabierało im mało czasu. Ponieważ woda była zimna, więc brali ją
do ust dla rozgrzania i myli nią ręce i twarz. Zęby wycierali palcem i
ręcznikiem. Czesanie natomiast było operacją poważną. Dokonywał jej Niemiec Gomer,
członek orkiestry. Polegała na czesaniu, pomadowaniu i pudrowaniu. Wreszcie na
ułożeniu włosów w harcopf; który zwisał na plecach. Atanazy, bardziej
przebiegły, dbał o to, by mieć włosy z tyłu krótko obcięte. To upraszczało i
skracało zabieg czesania. Natomiast Edward, którego bujna czupryna mierzyła
niemal trzy stopy długości, cierpieć musiał przez prawie kwadrans. O godzinie
7.30 chłopcy stawiali się u ojca z zeszytami architektury i języka włoskiego w
ręku.
Edward, faworyt ojca,
pilny od dzieciństwa i o dwa lata starszy, dobrze się wywiązywał z zadanych mu
wypracowań. Atanazy, jak sam przyznaje, miał mniej szczęśliwą rękę. Ojciec się
gniewał, ale go za to nie karał, choć bić lubił! Śniadanie zjadali
pośpiesznie. Składało się z kapusty lub kiełbasy oraz zupy na wodzie, rzadko
kawy. Czasami dostawali zamiast zupy przetartą marchew lub rzepę. Po śniadaniu
bez względu na pogodę obowiązywał półgodzinny spacer. Filip wyjątków nie
dopuszczał. I w tej trosce o higienę wyprzedzał on swoje pokolenie. Ale Gomer,
który towarzyszył młodzieży, w razie zbyt dokuczliwej słoty wpadał z nią do
Agrelewskiego na pogawędkę. Ten Agrelewski zasługiwałby na osobną monografię.
Należał do nierzadkiej w naszym kraju odmiany do-wszystkiego-zdatnych ludzi,
umiejących bez nauki i szkolenia wszystko naprawić, ulepszyć czy zbudować.
Kucharz z zawodu , był zarazem amatorem zegarmistrzem i złotnikiem, a w
późniejszych latach także giserem, a nawet rzeźbiarzem. Powrócę do niego
jeszcze w toku tego opowiadania.
Od
ósmej do dziesiątej trwały lekcje z ks. Plucińskim obejmujące: łacinę, język
francuski i niemiecki, historię, geografię i Landrecht (obowiązujące
prawo pruskie). Ksiądz pedagog bił uczniów pięścią w kark, lub ciągnął ich za
włosy. Wreszcie dla lepszego efektu doprawiał kijem. Atanazy objaśnia, że
pomimo cierpień i oburzenia, które odczuwał, nie skarżył się nigdy ojcu. Ten
bowiem zabroniłby pewnie bicia pięścią i targania za włosy, ale natomiast
zalecił rózgę, której chłopcy najwięcej się bali! O dziesiątej uczyli się obaj
bracia gry na skrzypcach. Lekcji udzielał Wienert. Atanazy w tej dziedzinie
widocznie celował. Obrywał bowiem tylko niekiedy klapsy po rękach. O jedenastej
Atanazy czytał z ojcem włoskich autorów: Matastasia, Guariniego, i tłumaczył.
Musiał przy tym klęczeć, a ojciec trzymał go za ucho i w razie omyłki czy
nieuwagi szczypał, niekiedy do krwi. Następowała lekcja konnej jazdy. Było na
stajni kilka dobrych wierzchowców. Były także konie stare i leniwe. Do tej
liczby należał ów rzekomo turecki ogier, którego Filip bardzo lubił z uwagi na
dawne jego zalety. Darzył go mianem „profesora”. Profesora nie wolno było
dotykać ani batem ani ostrogami. Trzeba było pracować kolanami i łydkami.
Ojciec stał na ambonce i w razie niepowodzenia batem podcinał – jeźdźca.
„Radziśmy byli” – zauważa Atanazy – „kiedy i koniowi się przy tej okazji także
coś dostało”.
O dwunastej Atanazy
ustępował miejsca w maneżu Edwardowi, a sam zamykany był w drewnianych dybach
służących do wyprostowywania nóg – przyszłych tancerzy. Tak też rzecz objaśnia
Atanazy. Musiał niezawodnie mieć tak zwaną angielską chorobę i zapobiegliwy ojciec zadbał o to, by nie pozostawiła
śladów. By chłopiec nie tracił czasu, wykuwać musiał w tej pozycji słówka
łacińskie przy współudziale Gomera. Trwać to musiało krótko, gdyż przed obiadem
czekały go dwa jeszcze punkty programu zajęć. Pierwszym z nich było głośne
czytanie ciotce Esterze kazań ojca Bourdaloue. Atanazy umilał sobie ten
obowiązek wypuszczając z tekstu słowa lub nawet całe zdania. Jeśli ciotka się
nie spostrzegała, a tak bywało najczęściej, dodawał do pouczeń wymownego
jezuity różne słowa nie do sensu lub w ogóle nie istniejące. Nadchodziła wtedy
pora na musztrę, która odbywała się także w maneżu. Obaj chłopcy chwytali za
karabiny i stawali w ordynku. Generał Filip obejmował komendę, a oni wykonywali
chwyty bronią, zwroty i marsz na tempa. Czasem dla powiększenia armii do
szeregów dołączał się służący Cieśliński i tak, manewrując i bijąc w bęben,
wracali wszyscy do domu.
Podczas pauzy, która
trwała kwadrans, Filip z kapelanem Wilandem grali w warcaby, a chłopcy w
sąsiednim pokoju figlowali lub bili się jak najciszej, by nie zwracać na siebie
uwagi. Przy obiedzie dobrym choć skromnym, jak zauważa Atanazy, gdyż składał
się z dwóch dań - po cztery półmiski każde - oraz deseru, chłopcy jeść musieli
wszystko, co jeść im kazano.
Program poobiedni
obejmował ponownie warcaby dla ojca, a zabawę dla synów do godziny trzeciej.
Filip jednak często wzywał ich do starszych i kazał zabawiać ciotkę Esterę.
Zajęcie to było nudne i uciążliwe. tym bardziej że musieli przy tym stać. Przy
ojcu w ogóle nigdy nie siadali. Od trzeciej do piątej trwały lekcje z ks.
Plucińskim. Tak jak rano, lekcje, przynajmniej Atanazego, zaprawione były
pięścią względnie kijem. O piątej następowała lekcja gry na fortepianie, a po
niej w lecie spacer, a w zimie koncert. Orkiestra rogalińska składała się z
czterech lub pięciu dobrych muzykantów i kilku uczniów Wienerta. Grywała muzykę
kościelną i symfonie. Filip uzbrojony we flet brał udział w tych koncertach. Nie
lubił słuchać, bo nie miał słuchu. Ale dmuchał z zapałem we flet. Często gubił
takt od samego początku i dmuchał dalej, kiedy wszyscy już skończyli.
Po kolacji cała rodzina
zasiadała do wista. Ale nawet tę grę towarzyską traktował Filip pedagogicznie. Na
stole leżała książka z regułami gry i bezustannie czerpano z niej wskazówki.
W niedzielę jeżdżono do
kościoła „kiszką”, tj. długim wehikułem typu char-à-banc mogącym
pomieścić do 20 osób. Część orkiestry drogę do Rogalinka odbywała pieszo.
Wykonawcy zajmowali miejsca na chórze. Grano mszę kompozycji Weinerta, na
orkiestrę i głosy. Śpiewali: córka Weinerta, obaj chłopcy Raczyńscy,
Borystowski i wszechobecny Gomer.
Filip ubiera się zawsze we
frak, krótkie obcisłe spodnie, pończochy i trzewiki z klamrami. Głowę miał
upudrowaną. Na niedzielę ozdabiał frak sześcioma odznakami orderowymi, a przy
okazjach szczególnie uroczystych Wielką Wstęgą Orderu św. Stanisława.
Taki mniej więcej panował
obyczaj w naszym domu w niedzielę i dni powszednie aż do końca życia Filipa,
tj. do roku 1804. Synowie jego byli wtedy już prawie dorośli. Ich urabianie i
kształcenie trwało około 10 lat.
[...] Raczyński, przybywszy do
Zaniemyśla, zjadł obiad u ks. Rybickiego, po czym, kazawszy stangretowi
przynieść pół funta prochu, udał się przez zamarznięte jezioro na wyspę
Edwarda. Stąd odesłał stróża i zatrzymał tylko jego małą córeczkę. Jej to kazał
później zanieść list do proboszcza i pouczył ją, aby się nie odwracała, gdy
usłyszy strzał, lecz tym szybciej biegła. Pozostawszy sam na wyspie, wziął małą
armatkę i, nabiwszy ją, postawił na progu kuchni. Ukląkłszy następnie przed
wylotem, wystrzelił, zapalając proch świecą przywiązaną do kija. Kula
strzaskała mu głowę tak, że pozostała tylko dolna szczęka. Porozrzucane naokoło
resztki czaszki i mózgu pozbierano później starannie. Przy obdukcji lekarz
wyjął serce i po zbadaniu wewnętrznych części ciała orzekł, że hrabia mógł żyć
jeszcze około dwudziestu lat.
W liście do ks. Rybickiego Raczyński przepraszał go za zły przykład i
zgorszenie, które dawał jego parafii. |